Macierzyństwo z RZS. Blaski i cienie.

 

 

 

Jestem mamą już pół roku. Już albo dopiero, pewnie zależy dla kogo. Przez ten czas wiele się zmieniło, wiele się nauczyłam, popełniłam wiele błędów. Ot jak każda inna matka. Nic specjalnego. Nic odbiegającego od normy się nie wydarzyło. Ja mam jednak nieco trudniej niż inne mamy. Broń Boże się tutaj nie żalę, nie taki ma być wydźwięk. Chcę opisać po prostu jak RZS wpłynął na to moje macierzyństwo, jak wpłynął na życie Jasia. Ostatnio ktoś zadał mi takie pytania: Jak sobie radzisz? Czy jest ciężko? Czy potrzebujesz pomocy od innych osób? Jak wygląda macierzyństwo z RZS? Postanowiłam to tutaj opisać.

Jak sobie radzę?

Średnio ale najlepiej jak umiem. Ogólnie mamy, to mają taki dzień świstaka, każdego dnia. Obowiązków jest bardzo dużo i ku mojemu zdziwieniu i rozpaczy, z każdym dniem tych obowiązków staje się coraz więcej! Te czynności powtarzają się w kółko. Ale przecież my jesteśmy na urlopie i tylko leżymy i pachniemy a dziecko zajmuje się samo sobą. Nie wiem kto nazwał ten okres urlopem ale miał szczególne poczucie humoru. Tak więc, oprócz opieki nad małym brzdącem, która już jest bardzo absorbująca dochodzi odkurzanie, zmywanie, pranie, prasowanie, gotowanie. Nie ukrywajmy tutaj prawdy, każdej mamie jest cholernie ciężko. Ale czy macierzyństwo z RZS jest trudniejsze? Poniekąd tak. Znaczy ja nie wiem jak to wygląda bez tej choroby bo ją mam 🙂

Czemu uważam, że jest trudniej? Stawy bolą mnie codziennie, raz mocniej, raz słabiej ale faktem jest, że nie pamiętam kiedy miałam dzień bez jakiegoś bólu (jak to mówi moja Matula: jak się obudzisz i nic Cię nie będzie bolało to znaczy, że umarłaś :)). Kiedy przez 12 lub więcej godzin zajmujemy się małym obywatelem, którego na razie guzik obchodzi Wasz ból to bywa czasem nieciekawie. Wiele rzeczy robię po swojemu, wiele czynności sprawia mi problem, wiele przyprawia mnie o frustrację.

Oprócz bólu mam też druty w trzech palcach dłoni co sprawia, że moja ręka ma funkcjonalność łopatki do piasku wysokiej klasy, chociaż nawet tego nie, bo ma dziury między palcami. Stanowi to dodatkową trudność w codziennych czynnościach. Prawda jest jednak taka, że dopóki ktoś nie zwraca uwagi na moją ułomność ja sama jej nie widzę! Nie zauważam, że robię coś pokracznie bo dla mnie jest to normą. Więc jeszcze raz, jak sobie radzę? Uważam, że dobrze, raz lepiej, raz gorzej. Kiedy są te gorsze dni to nie radzę sobie. Najprostsze czynności są dla mnie jak Mount Everest, ale przecież to mija i znowu sobie radzę.

Czy jest ciężko?

Po licznych rozmowach z innymi mamami to ja i tak miałam raj przez te pół roku. Na serio. Czy było ciężko? Tak z ręką na sercu pół na pół. Tutaj to zależy od dnia w którym zadalibyście mi to pytanie. Np. 2 dni temu to był koszmar z ulicy wiązów.Jeżeli chodzi o mój konkretny przypadek to ja nie lubię się poddawać, nie lubię narzekać i nic z tym nie robić. Znaczy ponarzekać to ja sobie lubię ale tak przez chwilkę i bardziej porzucać gromami niż narzekać. Jestem bardziej typem nerwusa. Pomaga mi jak sobie tak pokrzyczę, wyładuję się. Kiedy jest mi ciężko, pokrzyczę sobie, porzucam garami i przechodzi jak ręką odjął. A teraz powodów do wykrzyczenia się jest dużo więcej. Pół roku w domu z dzieckiem robi swoje.

To nie jest tak, że nie kocham Jasia. Kocham go całym sercem, ale oprócz trudów dnia codziennego (czyli wspomnianego dnia świstaka) dochodzi jeszcze brak kontaktów towarzyskich. Toż to można ocipieć! Dla osoby, która wcześniej ocierała się o pracoholizm taka sytuacja powoduje frustrację. Jeśli ktoś pyta mnie czy jest mi ciężko to odpowiem, że tak samo ciężko jak każdej innej mamie. I nie wstydzę się tego i nie udaję, że jest bajecznie i kolorowo. Chociaż, wystarczy szczery uśmiech małego łobuza i człowiekowi się robi jakoś tak lżej na sercu, nie przeszkadza to jednak za godzinę rzucać gromami.

Dlaczego jest ciężko?

Macierzyństwo z RZS jest trudniejsze, niewątpliwie. Są dni, że mogę z ręką na sercu powiedzieć jest kurewsko ciężko. Obowiązki domowe piętrzą się, Jasio potrzebuje mnie całej uśmiechniętej i gotowej do zabawy a ja nie potrafię utrzymać głupiego kubka z kawą i z łzami kapiącymi na jego matę czekam aż ból odejdzie. Są takie momenty i są niefajne. Ale jak pisałam to mija. To jest tak, że ja sama przed sobą nie przyznaję się jak bardzo czasem jest ciężko, bo jak zdam sobie z tego sprawę to mogę się poddać.

Czasem to macierzyństwo to wysiłek ponad moje siły ale tym większa jest satysfakcja z sukcesu. Poza tym stosuję zasadę, że jak czegoś nie zrobię to świat mi się nie zawali. I tak mąż czasem kupuje szamę na mieście, czasem nie zetrę kurzy a czasem nie zrobię prania i nadal żyję. I mój mąż też nadal żyje i ma się całkiem nieźle. Moją receptą na gorsze dni jest robienie minimum bez wyrzutów sumienia.

Czy potrzebuję pomocy od innych?

TAK TAK TAK. Ale inny temat to czy z tej pomocy korzystam. Tutaj, niestety jestem bardzo głupim człowiekiem. Już od dawna jestem bardzo wrażliwa na temat pomocy. Ja wiem, że często tej pomocy potrzebuje ale odrzucam ją z premedytacją. Wbiłam sobie do głowy, że jeżeli ktoś będzie mi pomagał to dopiero kiedy naprawdę nie będę w stanie wykonać danej czynności. Zdarzało się, że mąż musiał myć mi zęby, czy ubierać bo stawy nie pozwalały robić mi takich rzeczy. Zdarzało się to rzadko i było dla mnie upokarzające. I od tamtej pory zaciskam zęby i robię wszystko sama, pomimo bólu.

I to jest bardzo głupie podejście. Powinniśmy korzystać, jeżeli ktoś chce nas w czymś wyręczyć. Ja tego nie robię, bo dla mnie jest to swego rodzaju dowód, że jestem ułomna. Dopóki radzę sobie sama czuję się lepiej, nie zauważam mojej choroby oraz mojej niepełnosprawności. Pokrętna logika, wiem, ale nic z tym nie zrobię. Taka już jestem i wiem, że to błąd. Bycie mamą to bardzo ciężka praca 24h na dobę i jeżeli ktoś wyciąga do nas pomocną dłoń to powinnyśmy ją łapać z całych sił i nie ma tu znaczenia czy jest się osobą zdrową czy chorą, pomoc przy dziecku powinna być zawsze mile widziana.

Jak wygląda macierzyństwo z RZS?

Tak jak i bez 😛 Tylko trochę inaczej 😀 Te same problemy, te same trudności, te same błędy, te same radości, ta sama duma. Tutaj być może duma jest większa, ale duma z własnej osoby, że się podołało, że daje się radę. Tak jak pisałam wyżej, ja zapominam że jestem chora. Gorsze dni bywają, owszem. Wtedy niemoc jest ogromna, złość, rozgoryczenie i ból. Ale nie można wtedy położyć się i użalać się nad sobą bo Jasio raczej tego nie zrozumie. Dodatkowo z racji karmienia piersią, nie mogę sobie zarzucić mega tabsa przeciwbólowego, który postawi mnie na nogi – bo Jasio. Pozostają mrożonki, wrzątek w butelce i ból jakoś da się przeżyć. To są momenty rzeczywiście słabe, kiepskie i dołujące. Są to sytuacje, które ciągną w dół. To są gorsze chwile w których pojawiają się złe myśli. Ale to wszystko mija, blednie, zanika do następnego razu;)

Czy moje dziecko ma gorzej niż inne dzieci?

No nie wydaje mi się. Zalewam go falą uczuć o nieprawdopodobnie silnym natężeniu, opiekuję się nim na 110 % moich możliwości i w związku z tym twierdzę, że jest na serio szczęśliwy. Ma się u mnie jak pączek w maśle 😉 I myślę, że to jest najważniejsze. Tym uczuciem rekompensuję mu to, że czasem moje ruchy nie są takie delikatne z powodu mojej łopatki do piasku ;). Miłość matki jest taka sama bez względu na jej stan zdrowia.

 

A więc,

jeżeli masz RZS i planujesz zostać mamą to nie  martw się. Jest dobrze. Dasz sobie radę. Pojawią się pewnie jakieś trudności ale każda kobieta je ma, bez względu na to czy jest chora czy zdrowa.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis to będę bardzo wdzięczna, gdy polajkujesz wpis na moim fanpejdżu, wpadniesz na instagrama lub polubisz mnie na FB.