Podsumowanie roku 2017

Siedząc właśnie z kubkiem gorącej kawy, w ukochanym szlafroku misiaczku i w nowych kapciach postanowiłam podsumować ten mijający rok 2017.

Jaki to był rok? Dobry, bardzo dobry. Zupełnie inny niż poprzednie 32 lata. Każdy rok jest inny, jednak np. lata dzieciństwa nie wyróżniały się między sobą szczególnie. Pełne były beztroski, głupotek, zabawy i ciekawości świata. Dopóki nie umarł mój tata. Wtedy dzieciństwo skończyło się. Lata znów były do siebie podobne, ale wydźwięk był już inny. Szkoła, praca, dorastanie. Tak, omińmy ten etap. Poznanie mojego przyszłego męża i te 12 lat razem. Czy każdy patrząc na swoje zdjęcia przeszłości ma ochotę zapaść się pod ziemię głośno się przy tym śmiejąc w duchu? Ja za każdym razem 🙂

Rok 2017 słowo przewodnie : LĘK

Rok 2017. Rok szczególny. Pojawił się Jaś, mój syn, nasz syn! Rok tak kompletnie inny od wszystkiego co znałam. Ciąża. Ten nowy etap, nowe doświadczenie. Ciężko to wszystko ubrać w słowa. Jeśli jednak miałabym wybrać jedno słowo, które zdominowało ten okres to bezapelacyjnie wygrywa LĘK. Dokładnie. Pomyślicie sobie to jakże może to być cudowny rok. pfff. Ten lęk pojawił się w roku 2016 dokładnie 2 listopada. Wtedy zobaczyłam dwie kreski na teście. Najpierw liczyłam na to, ze jak skończy się I trymestr, ten najgorszy to i lęk się zmniejszy, lub nawet całkowicie się pożegnamy. Nic z tego. Z każdym dniem, tygodniem, miesiącem to we mnie narastało. Sprawy nie ułatwiały problemy w ciąży. Przez 7 tygodni miałam krwiaka w macicy i musiałam leżeć. Troska, strach przed nieznanym, przed przedwczesnym porodem, przed utratą tego małego (kilkunasto centymetrowego maleństwa), które zdążyłam już poznać, zobaczyć na jakże śmiesznych zdjęciach USG. Z czasem, z upływającymi tygodniami kiedy każdy dzień dawał więcej szans na przeżycie dziecka poza organizmem matki strach przekształcał się ale był. Pod koniec ciąży zamienił się w obawę przed porodem. Te wszystkie mrożące krew w żyłach opowieści z porodówek. Koszmar. Janek postanowił posiedzieć w brzuchu 2 tygodni dłużej niż przewidywał jego bilet, więc te nerwy tak jakby rozciągały się w czasie dodając mi jakieś 15 siwych włosów na grzywie. Poród zakończony Jaś jest. Moja nadzieja na pożegnanie się ostatecznie z lękiem okazała się płonna. Dopiero teraz to się zaczęło 🙂 Ja wiem, że jestem hipochondryczką i ogólnie lubię lekarzy, lubię się badać i mieć wszystko pod kontrolą. Wszystko to zostało przelane na Jonatana. To dziecko miało już bardzo dużo badań, ale żadne z nich nie było wymyślone przeze mnie, lecz zasugerowane przez lekarzy. Każdy najmniejszy pryszczyk, zadrapanie, zaczerwienienie ląduję pod kwarantanną. Każdy kaszelek, kichnięcie, szklane oczka (z reguły jak robi siusiu) są poddawane wnikliwej obserwacji i termometr działa co 3 minuty. I teraz dopiero ten lęk się rozrasta. Jest tyle niebezpieczeństw czyhających na moje maleństwo. Internet i historyjki opowiadane sobie na forach przez troskliwe mamusie wcale ale to wcale sprawy nie ułatwiają. Także ten lęk to dobre uczucie. Mam się o kogo bać. Na świecie jest mój Jaś, istotka całkowicie na razie zależna ode mnie, osoba za którą podjęłam się odpowiedzialności, ktoś kogo przyszłe życie będzie zależeć od moich wyborów teraz, wyborów których działania mają skutki długofalowe, wyborów które nie są oczywiste i broń Boże łatwe. Ten strach kształtuje mnie i moje zachowania.

Drugie słowo, którego mogę użyć do podsumowania roku 2017 to radość. Zdecydowanie tak.

Zajście w ciążę, szczęśliwie zakończony poród oraz zdrowe dziecko sprawiły, że dokładnie znam znaczenie słowa radość. Jest to uczucie wszechogarniające Cię z każdej strony. Jest z Tobą cały czas, ale tak jakby w tle. Jestem szczęśliwa 24h na dobę, jednak przychodzą takie momenty kiedy ta radość osiąga nagle stężenie maksymalne! Nachodzi znienacka, kiedy patrzę na harce taty z synkiem, czy kiedy śpią obok siebie zmęczeni, czy kiedy po prostu mój synek się do mnie uśmiechnie (wtedy z reguły razem z uczuciem szczęścia pojawia się uczucie mokrego stanika ;)). I Jasiek nauczył mnie chłonąć takie momenty. Zrozumiałam co jest w życiu ważne, tylko chwile. Życie składa się z takich chwil. Nie warto tracić czasu na złe uczucia typu zazdrość, użalanie się. W niczym nam to nie pomaga, wręcz przeszkadza nam dostrzegać to co w życiu się liczy. Zasłania nam dostęp do sensu, do miłości. I w tym roku właśnie to zrozumiałam. Nie warto czekać na coś, ciągle za czymś gnałam, ciągle na coś wyczekiwałam, zawsze było ok ale coś tam. Koniec z tym. Ważne jest tu i teraz. Przy dziecku dopiero widzisz jak szybko się starzejesz, jak szybko ten czas gna, jak ulatuje w siną dal. Nie chcę wiecznie narzekać i czekać na przyszłość. Jestem tu i teraz. Oczywiście warto stawiać sobie cele, warto do czegoś dążyć, bo stanie w miejscu w mojej opinii też nie jest dobre. Ale prąc do przodu nie zapominajmy o tym co się właśnie teraz dzieje wokół nas.

Trzecie słowo klucz to przewartościowanie.

I to słowo często się przewija wśród nowych rodziców. Oj jest wręcz nadużywane. Nie dalej jak wczoraj Misiek Koterski opowiadał o przewartościowaniu w jego życiu w telewizji śniadaniowej. Przed Jaśkiem, do mojego mózgu nie trafiłoby żadne słowo z jego przemowy. Słuchałabym ale bez zrozumienia. Bo też nie wyobrażałam sobie jak takie przewartościowanie mogłoby wyglądać. Masz poukładane życie, pracę, partnera, ustalone relacje, zwyczaje i wszystko to zmieniasz?! No way. Ja nigdy nie będę tak jak inni, po urodzeniu dziecka można dalej być sobą tylko z dzieckiem, nie trzeba nic przewartościowywać bo i po co? Oj ja głupia i naiwna. No pewnie, że się da. Pewnie, że nic nie trzeba. Ale się chce! Przez te pierwsze miesiące nie istnieje dla mnie nic i nikt poza Jasiem. Przesłania mi cały świat a moje uczucia do niego rosną, z każdym dniem są mocniejsze, niedługo chyba pęknę od ich nadmiaru. Nic się liczy, wszystko straciło na wartości. Sprawy, które spędzały mi sen z powiek jeszcze dwa lata temu, teraz nagle są zupełnie nieważne. “Co będzie to będzie” słowa wypowiadane przez moją Babcię dopiero teraz trafiają do mojego umysłu. I uwierzcie mi, ja nie byłam jakąś matką polką nigdy. Ja nawet nie przepadałam za dziećmi. Nawet mój mąż chyba miał pewne obawy co do mojej opieki nad jego przyszłym pierworodnym. Teraz mam klapki na oczach. Niedługo wracam do pracy, więc zobaczymy jak to wszystko się rozwinie i poukłada, ale teraz już wiem że nic już nigdy nie będzie takie samo!

Dodatkowo jaram się blogiem na którym właśnie do Was piszę. Zasięgów może rewelacyjnych nie mam, content też dupy nie urywa ale jest. Odważyłam się na założenie tej strony. Pokonałam własny lęk, pokonałam strach i uwierzyłam w siebie. To jest moje mega osiągnięcie, z którego jestem bardzo dumna!

Dumna jestem również z tego jak poradziłam sobie z macierzyństwem oraz z tego, że karmię piersią. Możecie sobie mówić i myśleć co chcecie. I jedno i drugie nie jest bułką z masłem. Przy mojej chorobie liczyłam na karmienie piersią góra miesiąc. Leci już miesiąc szósty a my dalej bierzemy udział w tej przygodzie. Pomimo zaostrzenia choroby dałam radę, przetrwałam najgorszy czas i jestem z tego dumna!

 

Jak widzicie rok 2017 zdominował Jasio. Mam wrażenie, że tak już będzie do końca mojego życia. Jestem z tego powodu szczęśliwa. Jako młoda mama bardzo raduje mnie taki stan rzeczy. Oficjalnie stwierdzam, że rok 2017 to najlepszy rok w całym moim dotychczasowym życiu!

A jak jest u Was? Czy ten rok można zaliczyć do udanych? Co udało Wam się osiągnąć?

Jeśli spodobał Ci się ten wpis to będę bardzo wdzięczna, gdy zostawisz komentarz, polajkujesz wpis na moim fanpejdżu, wpadniesz na instagrama lub polubisz mnie na FB