Monitor oddechu czy warto?

Sprawa świeża, gorąca rzekłabym nawet. Monitor oddechu. Czy warto posiadać taki wynalazek?? Jeszcze (no powiedzmy) 3 miesiące temu kłóciłabym się z każdym, że TAK! Oczywiście! Bez dwóch zdań!!! Teraz, hmmm troszkę moje przekonania uległy zmianie pod wpływem pewnych wydarzeń. Od początku.

Przed porodem, kompletując wyprawkę (szał macicy i mózgu tzw. combo) trafiła mi się okazja. Na pewnej grupie na FB, ktoś odsprzedawał monitor oddechu. Ooo pomyślałam. A cóż to za wynalazek. Poczytałam, pobadałam, popytałam i się dowiedziałam. Monitor ruchów oddechowych jest przydatny do (zaskoczenie) monitorowania czy dziecko oddycha czyli czy nie występuje tzw. bezdech a w konsekwencji śmierć łóżeczkowa czyli horror matek. Śmierć łóżeczkowa to baardzo rzadkie zjawisko ale jednak istnieje (wygrana w totka to też rzadkie wydarzenie ale jednak ktoś tam ym milionerem zostaje raz na jakiś czas). Pomyślałam : Tak Kama musisz to mieć!!! Zakupiłam. Mąż podłączył. Wszystko piknie, ładnie.

Rzeczywiście. Jest to ogromne ułatwienie. Spałam, że tak powiem całkowicie (o ile można spać przy dziecku budzącym się co dwie godziny na karmienie). Spałam na czujce ale z taką spokojną głową bo przecież mam mega superancką matę i nic złego stać się nie może. Natomiast po rozmowach z innymi matkami wywnioskowałam, że najchętniej spałyby na dziecku albo pod łóżeczkiem i najchętniej to by w ogóle nie spały. No i luz, mam matę jestem fajna, nieźle mi się śpi. Jest extra. Do czasu.

Wyobraźcie sobie głuchą, ciemną noc. Dziecko śpi, Wy też i nagle wyje alarm od maty! Tak było u mnie. Rzeźnia. Zerwałam się z łóżka, na wpół przytomna lecę do dziecka (łóżeczko stoi obok łóżka) dotykam go a on cały zimny. Nogi mi się ugięły. Szturchnęłam go i nic. Dramat. Dotknęłam go w kark i Jasiek poruszył ręka, zdegustowany że ktoś mu przeszkadza. I teraz pytanie czy on oddychał przez te 30 sekund? Powinnam jako pierwsze to sprawdzić a ja skupiłam się na biciu serca (biło) i sprowokowaniu do ruchu. Do rana już nie spałam skonsternowana próbowałam sobie wszystko dokładnie odtworzyć.

Z samego rana wycieczka do lekarza pierwszego kontaktu. Skierowanie do szpitala. Horror. W szpitalu 6h, pobieranie krwi, badania. Werdykt – “Nie ma żadnych wskazań do bezdechu. Prawdopodobnie zepsuta mata przecież to tylko urządzenie może mieć jakąś wadę”. Phhii. No nie wierzę. Mata na pewno działa dobrze, wszak włączyła się tylko raz! Z powątpiewaniem udałam się do domu. Nadeszła noc. Nie spałam całą. Mata milczy. Myślę sobie mata jest sprawna. Młody zdrowy nie będę się martwić.

Następna noc. Moja czujność została uśpiona. Zapadłam w sen i ja. Mata włączyła się 4 razy. Rozumiecie ? 4 razy. Zwariowałam. Chciałam na nocny dyżur jechać, widmo niedotlenienia, reanimacji i w ogóle wszystkiego najgorszego. Ale mój przytomny, wspaniały mąż zajrzał pod łóżeczko. Okazało się, że płytki maty przesunęły się i stąd fałszywe alarmy. Czaicie? Męczyłam synka przez tyle godzin w szpitalu z powodu przesunięcia płytek…

Przy każdej zmianie prześcieradła, przesunięciu łóżka czy jakichkolwiek ruchach w obszarze maty należy jeszcze raz dokładnie skontrolować jej położenie. 

Powiem Wam, że najadłam się strachu. Lekarze z którymi mieliśmy styczność jednogłośnie radzili : proszę to wyrzucić. Matę kupuje się jeżeli są ku temu jakieś wskazania – wcześniactwo, niska masa urodzeniowa, wady. Aby uniknąć śmierci łóżeczkowej należy wietrzyć pokój i nie używać poduszki. Z tym że, nie wiadomo na 100% co wywołuje śmierć łóżeczkową, w związku z tym strach w sercu matki pozostaje. Fałszywe alarmy to ogromny stres, lęk i atak serca. Życie bez maty to strach schowany z tyłu głowy, który powraca noc w noc.

Każda z nas musi dokonać wyboru. Ja wybrałam. Mata została 😀 Nowym codziennym rytuałem jest sprawdzanie ułożenia płytek od tego urządzenia aby uniknąć bezsensownych nerwów!